Strona główna
Transport
Prom Heweliusz katastrofa – przyczyny, przebieg, skutki

Prom Heweliusz katastrofa – przyczyny, przebieg, skutki

Prom Heweliusz zmagający się z ogromnymi falami podczas sztormu na wzburzonym Morzu Północnym.

Katastrofa promu „Jan Heweliusz” z 14 stycznia 1993 roku była wynikiem splotu zaniedbań technicznych, błędów w nawigacji oraz ekstremalnych warunków atmosferycznych. Te czynniki, wzajemnie się napędzając, doprowadziły do wywrócenia się jednostki i śmierci większości osób na pokładzie. Zapraszam do szczegółowej analizy tych wielowymiarowych przyczyn, przebiegu tragicznej nocy oraz ich dalekosiężnych skutków.

Długa historia awarii – stan techniczny przed wypłynięciem

Zanim „Jan Heweliusz” wyszedł w swój ostatni rejs, jego historia była już naznaczona ciągiem niepokojących zdarzeń. Od momentu wodowania w 1977 roku w norweskiej Stoczni Trosvik w Breviku doszło do co najmniej 28 wypadków i awarii. Już dwa lata po rozpoczęciu służby jednostka uderzyła w nabrzeże w Świnoujściu, a w 1982 roku zderzyła się z duńskim promem „Stena Nordica”, co wymagało poważnych napraw. Marynarze, świadomi tych problemów, z czasem zaczęli nazywać go „pływającą trumną”, a Szwedzi ukuli przezwisko „Havarius”, od słowa awaria.

Szczególnie brzemienne w skutki okazały się działania po pożarze, który wybuchł na pokładzie we wrześniu 1986 roku. W trakcie remontu w stoczni w Hamburgu, dla wzmocnienia konstrukcji, spalony górny pokład samochodowy zalano 60 tonami betonu. Ten doraźny zabieg, zamiast poprawić sytuację, drastycznie przesunął środek ciężkości jednostki, pogłębiając jej wrodzone problemy ze statecznością. Co istotne, po tej modyfikacji nigdy nie przeprowadzono tzw. prób przechyłowych, które pozwoliłyby ustalić nowe parametry równowagi promu – pływał on zatem z nieaktualną i mylną dokumentacją. W chwili katastrofy jednostka była o około 115 ton cięższa, niż wynikało z oficjalnych informacji o stateczności.

Stan techniczny bezpośrednio przed wypłynięciem był dramatyczny. Cztery dni wcześniej, 10 stycznia 1993 roku, podczas manewrów w porcie Ystad uszkodzono rufową bramę załadunkową. Wgnieciona i wygięta, nie spełniała już wymogów wodoszczelności. Kapitan Andrzej Ułasiewicz – według relacji – próbował odwołać rejs, wnioskując o wycofanie promu z eksploatacji. Armator, spółka Euroafrica, naciskał jednak na utrzymanie kursu i zarządził jedynie prowizoryczną, doraźną naprawę w porcie, bez remontu stoczniowego. To właśnie ta nieszczelność, przez którą do wnętrza kadłuba wdzierała się woda, została potem przez Izbę Morską w Gdyni uznana za jeden z czynników, które uczyniły statek niezdatnym do żeglugi.

Decyzje załogi i sztorm na Bałtyku

Jak armator zbagatelizował ryzyko?

Wieczorem 13 stycznia 1993 roku atmosfera na pokładzie nie zapowiadała tragedii. Mimo ponurej sławy promu, z zewnątrz prezentował się solidnie – biały kadłub o długości 120 metrów, szerokości 17 metrów i nośności 2035 ton budził zaufanie pasażerów. Odprawa przebiegła standardowo – wagony kolejowe wtoczono na środkowe tory pokładu kolejowego, a dwanaście najcięższych ciężarówek z naczepami zaparkowano symetrycznie na burtach. Pojazdy na wyższym pokładzie samochodowym przymocowano łańcuchami do pokładu, jednak te na pokładzie kolejowym – czyli wagony i część ciężarówek – pozostały niezamocowane, zabezpieczone jedynie hamulcami ręcznymi i wrzuconymi biegami.

Decyzja ta, zgodna z ówczesną rutynową praktyką, miała okazać się fatalna w obliczu nadchodzącego żywiołu. Wypłynięcie opóźniono o ponad dwie godziny z powodu przeciągających się, prowizorycznych prac przy uszkodzonej furcie rufowej. Nadzorujący je starszy mechanik, po pobieżnych oględzinach z latarką, zameldował, że „wypadły dobrze”. Na pokład weszły także dwie przedstawicielki kierownictwa Euroafriki – zastępczyni dyrektora ds. eksploatacji, Agnieszka Goldman oraz kierowniczka działu eksploatacji żeglugi, Barbara Zaborska. W planach miały ważne, biznesowe rozmowy ze Szwedami, co – zdaniem niektórych – mogło wywierać presję, by za wszelką cenę dotrzeć do Ystad na czas. Prom odcumował od nabrzeża w Świnoujściu o godzinie 23:35, rozpoczynając swój 5087 rejs.

Dlaczego nie skorzystano z ostrzeżeń o huraganie?

Początkowe prognozy meteorologiczne, jakimi dysponowała załoga, nie zwiastowały wyjątkowego zagrożenia – przewidywały wiatr o sile 6–7, w porywach do 9 stopni w skali Beauforta, co zimą na Bałtyku nie należało do rzadkości. Jedynie odległa angielska stacja meteorologiczna w Norwood alarmowała o głębokim niżu i huraganie przemieszczającym się znad kanału La Manche. Szef Polskiej Misji Morskiej w Londynie, Jerzy Vonau, przyznawał później, że ta informacja powinna skłonić do refleksji przed wyjściem w morze. Mimo to, kapitan Ułasiewicz zdecydował się na najkrótszą trasę do Ystad, by nadrobić opóźnienie, zamiast bezpieczniejszej drogi zimowej, zapewniającej lepszą osłonę wyspy Rugii.

Sytuacja pogodowa uległa gwałtownemu załamaniu krótko po północy. Wiatr stale przybierał na sile, a gdy prom opuścił osłonę lądu i wyszedł na pełne morze, wpadł w sam środek potężnego sztormu. Około godziny 2 w nocy jednostka zaczęła odczuwać pierwszy, niepokojący przechył na prawą burtę. Pełniący wachtę III oficer, Janusz Lewandowski, bez konsultacji z kapitanem, podjął decyzję o przepompowaniu około dwudziestu ton wody ze zbiorników przechyłowych z prawej burty na lewą. Był to manewr, który chwilowo wyprostował statek, ale zainicjował łańcuch zdarzeń, nad którymi wkrótce nikt już nie panował.

Przebieg katastrofy – decydujące godziny na pokładzie

Godziny wieczorne i pierwsze problemy

Tuż po północy „Heweliusz” minął główki falochronu i wyszedł na otwarte wody Bałtyku. Kapitan Ułasiewicz, po ustaleniu kursu 350 stopni i prędkości około 13,8 węzła, zszedł z mostka na spoczynek. Na wachcie pozostał II oficer, a od godziny 2 w nocy zastąpił go III oficer Janusz Lewandowski. To właśnie on, widząc rosnący przechył, sięgnął po system balastowy. Problem polegał na tym, że mechaniczny system sterowania zaworami z mostka został wcześniej zdemontowany – marynarz musiał więc fizycznie zejść pod pokład i ręcznie próbować odkręcić zawory, nie mając przy tym bezpośredniej łączności z dowodzącym.

Krótko po godzinie 2 oficer odebrał przez radio ostrzeżenie od kapitana Edwarda Bieńka z bliźniaczego promu „Mikołaj Kopernik”, który informował o ekstremalnym huraganie i sugerował schronienie się za Rugią. Następnie, po 2:40, podobny niepokojący sygnał nadał kapitan Józef Kochmański z promu „Nieborów”, który widząc duży przechył „Heweliusza” na radarze, nakazał natychmiast obudzić kapitana. Mimo tych apeli, Janusz Lewandowski zwlekał z powiadomieniem dowódcy. Andrzej Ułasiewicz został zaalarmowany dopiero około godziny 3:10, gdy statek przechylał się już w sposób niekontrolowany, a wiatr osiągał siłę 12 stopni w skali Beauforta, w porywach do 160 km/h, przy falach sięgających 5 metrów.

Kluczowa sekwencja manewrów po północy

Przebudzony kapitan błyskawicznie przejął dowodzenie. Próbował ustawić prom rufą do wiatru – manewrował śrubami, włączał stery strumieniowe, które jednak co chwilę się wyłączały, „wywalały” bezpieczniki. Gdy to nie przyniosło efektu, zdecydował o sztormowaniu dziobem, wykonując zwrot w lewo. Warunki były już wtedy krytyczne – statek w wyniku potężnych uderzeń wiatru i fal wpadał w coraz bardziej niebezpieczny rozkołys. W tym samym czasie na pokład samochodowy przez nieszczelną furtę rufową zaczęła wdzierać się woda, stopniowo go zalewając.

W obliczu pogłębiającego się przechyłu kapitan Ułasiewicz, po konsultacji ze starszym oficerem Rogerem Janickim, podjął decyzję o dalszym balastowaniu – nakazał napełnić wodą lewy skrajnik rufowy. Marynarze próbowali również ręcznie odkręcić zawory, by wypompować wodę z prawej burty, jednak pokrętła były zablokowane. Około godziny 4:20, gdy wiatr na krótko osłabł, prom niespodziewanie się wyprostował, by po chwili, po przejściu linii wiatru, zostać uderzonym przez huragan z całą mocą w prawą burtę i przewalić się gwałtownie w lewo – na stronę dociążoną wcześniej wodą. Ten moment okazał się punktem bez powrotu. Z mocowań rwały się ciężarówki, które ze straszliwym hukiem przesuwały się w kierunku przechylonej burty, pogłębiając asymetrię obciążenia. Przechył w ciągu kilku minut wzrósł do ponad 35 stopni.

Komunikat „Mayday” i ostatnie chwile

O godzinie 4:32 kapitan Andrzej Ułasiewicz uruchomił syreny alarmowe, ogłaszając alarm opuszczenia statku. Cztery minuty później, o 4:36, wysłał przez radio na międzynarodowym kanale alarmowym 16 VHF dramatyczny komunikat: „Mayday, mayday, mayday! Jan Heweliusz”. Podał przybliżoną pozycję – 16,2 mili morskich na wschód od latarni morskiej Kollicker Ort na półwyspie Jasmund na Rugii. Na mostku panował chaos, przechył gwałtownie rósł. Załoga nie była w stanie opuścić szalup, które wisząc na żurawikach, uderzały w pokład. Udało się zrzucić do wody jedynie kilka pneumatycznych tratw ratunkowych.

Ostatnia transmisja z tonącego promu została przechwycona przez stację Rønne Radio na duńskim Bornholmie. Kapitan Ułasiewicz, zapytany o pozycję, zdążył odpowiedzieć jedynie: „blisko, blisko, niedaleko od Kollicker…”, po czym łączność została bezpowrotnie przerwwana. Przechył sięgał wówczas ponad 70 stopni. Ostatnie chwile na pokładzie były przerażające – woda zmieszana z pędzonym huraganem pyłem wodnym tworzyła, według relacji ocalałych, ścianę „utrudniającą oddychanie”. Pasażerowie, wyrwani ze snu, w piżamach i kapciach, nie mieli szans w starciu z lodowatym żywiołem. O godzinie 5:12 prom MF „Jan Heweliusz” przewrócił się do góry dnem i zatonął na głębokości około 27 metrów, w odległości około 20 mil morskich od niemieckiego wybrzeża.

Akcja ratunkowa – walka z czasem i żywiołem

Po odebraniu sygnału Mayday w rejon katastrofy skierowano znaczące siły. W akcji wzięły udział niemieckie śmigłowce poszukiwawczo-ratownicze z baz w Warnemünde i Kilonii, duńskie jednostki z Bornholmu, a jako pierwszy na miejsce dotarł polski prom „Mikołaj Kopernik”. Całą operację koordynował niemiecki statek ratowniczy „Arcona”, który przybył na miejsce o godzinie 6:20. Ekstremalne warunki – temperatura wody wynosząca zaledwie 2-3°C i wiatr osiągający 160 km/h – sprawiły, że szanse rozbitków na przeżycie malały z każdą minutą. Człowiek bez odpowiedniego zabezpieczenia termicznego mógł przetrwać w takiej wodzie najwyżej kwadrans.

Ratownicy ze statku „Arcona” zdecydowali się spuścić rozbitkom siatkę, po której mieli się oni wspiąć na pokład. Był to niezwykle ryzykowny sposób w sytuacji, gdy fale rzucały tratwą, a skostniałe z zimna palce odmawiały posłuszeństwa. Jeden z marynarzy, I elektryk Andrzej Korzeniowski, nie zdołał utrzymać się na sieci, runął do wody i zginął. Z kolei lina spuszczona z helikoptera zaczepiła o jedną z tratw, wywracając ją. Znajdujący się na niej steward Janusz Szydłowski, stewardesa Teresa Sienkiewicz i oficer pożarowy Janusz Subicki, ubrani w kombinezony uniemożliwiające zanurzenie, uwięźli pod przewróconą tratwą i utonęli. Działania te obnażyły braki w wyszkoleniu i koordynacji międzynarodowej.

Polskie śmigłowce Marynarki Wojennej, które według relacji były gotowe do startu i lepiej wyposażone do podejmowania rozbitków z wody, otrzymały rozkaz pozostania w bazie. Decyzja ta, której autor pozostał nieujawniony, budzi do dziś ogromne kontrowersje i jest przedmiotem gorzkich komentarzy – ratownicy byli przekonani, że ich szybsza obecność mogła ocalić więcej istnień. Ostatecznie z lodowatej wody wydobyto jedynie dziewięciu żywych rozbitków, wszyscy byli członkami załogi, którzy zdołali założyć kombinezony chroniące przed hipotermią. Żaden z 35 pasażerów nie przeżył. Łącznie życie straciło 55 osób (według części źródeł 56), a morze oddało jedynie 39 ciał. Kapitan Andrzej Ułasiewicz do końca pozostał na mostku, wybierając śmierć na stanowisku – jego ciało wydobyli z wraku polscy nurkowie Marynarki Wojennej dopiero 7 lutego 1993 roku.

Śledztwa, procesy i niewyjaśnione wątpliwości

Dlaczego pierwsze orzeczenia uznano za niesprawiedliwe?

Postępowania wyjaśniające okoliczności katastrofy ciągnęły się latami i od początku budziły sprzeciw rodzin ofiar. Już trzy miesiące po tragedii, w kwietniu 1993 roku, rządowa komisja resortowa, w skład której wszedł m.in. zmiennik kapitana Ułasiewicza, na specjalnej konferencji prasowej orzekła, że wyłącznym winowajcą był huragan „Junior”, a jednostka była w pełni sprawna. Ta wersja, sprzeczna z narastającą wiedzą o zaniedbaniach, została szybko podważona. W styczniu 1994 roku Izba Morska w Szczecinie, pod przewodnictwem sędziego Zdzisława Wunscha, wydała orzeczenie obciążające w głównej mierze zmarłego kapitana Andrzeja Ułasiewicza, któremu zarzucono szereg błędów nawigacyjnych i dowódczych. Orzeczenie to, nazwane przez krytyków „patriotycznym”, pomijało systemowe uchybienia armatora.

Przełom nastąpił dopiero w postępowaniu przed Izbą Morską w Gdyni. 23 lutego 1996 roku skład sędziowski uznał, że **„Heweliusz” wypłynął w morze niezdatny do żeglugi**, co obciążało bezpośrednio armatora Euroafrica i właściciela – Polskie Linie Oceaniczne. Wskazano na niespełniającą wymogów furtę rufową, zaniedbania w dokumentacji stateczności po zalaniu pokładu betonem oraz niezamocowany ładunek. Był to wyrok, który w środowisku marynarzy i wśród wdów po ofiarach przyjęto brawami. Mimo to kolejne apelacje doprowadziły do finalnego orzeczenia Odwoławczej Izby Morskiej z 26 stycznia 1999 roku, które stwierdzało, że najbardziej prawdopodobną przyczyną było przejście niesymetrycznie zabalastowanego promu przez linię wiatru, co przy błędach nawigacji i złym stanie technicznym doprowadziło do tragedii. Co znamienne, sąd nie użył jednak słowa „wina” w kontekście armatora, co uniemożliwiło rodzinom uzyskanie wysokich odszkodowań.

Jak Europejski Trybunał Praw Człowieka wpłynął na sprawę?

Wobec poczucia niesprawiedliwości i braku transparentności, jedenastu krewnych ofiar, głównie wdów po marynarzach, skierowało sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W 2005 roku zapadł wyrok korzystny dla skarżących. Trybunał uznał, że polskie Izby Morskie nie rozpatrzyły sprawy w sposób bezstronny, pomijając część materiału dowodowego i istotnych świadków. Kluczowe znaczenie miał fakt, że zarówno przewodniczący, jak i wiceprzewodniczący składu sędziowskiego byli mianowani przez ministra sprawiedliwości w porozumieniu z ministrem transportu i spraw morskich, a więc przedstawicielami państwa będącego de facto właścicielem statku. Trybunał zasądził każdemu ze skarżących odszkodowanie w wysokości 4,6 tysiąca euro za doznane straty moralne, stwierdzając tym samym, że państwo polskie było sędzią we własnej sprawie.

Mimo upływu lat wiele wątków pozostało tajemnicą. W przestrzeni publicznej pojawiły się liczne hipotezy, od przemytu broni w wagonach z Rumunii, po celowe zatuszowanie okoliczności katastrofy. Dziennikarz Roman Czejarek w swoim śledztwie udokumentował, że na kursie kolizyjnym z tonącym promem znajdował się mały, niemiecki masowiec „Frank Michael”. Manewr jego ominięcia mógł być kroplą przepełniającą czarę w krytycznym momencie. Inny badacz tragedii, kapitan Marek Błuś, wskazywał na zdemontowany przed katastrofą mechaniczny system sterowania zaworami balastowymi z mostka, co uniemożliwiało szybką reakcję. Te wątki, niedostatecznie wyjaśnione podczas procesów, sprawiają, że historia „Heweliusza” po dziś dzień jest opowieścią pełną znaków zapytania.

Dziedzictwo katastrofy – pamięć i zmiany

Pamiątki w Narodowym Muzeum Morskim w Gdańsku

Wymownym świadectwem tragedii są przedmioty przekazane przez jednego z ocalałych, drugiego elektryka Grzegorza Sudwoja. Do zbiorów Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku trafił kombinezon ratunkowy, który uratował mu życie w lodowatej wodzie, a także niezwykle osobista, skórzana saszetka. W jej wnętrzu, które nosi ślady morskiej soli i rdzy, znajdował się m.in. elektroniczny zegarek Casio, podróżny przybornik do szycia, modlitewnik oraz brelok z wizerunkiem św. Krzysztofa, patrona przewoźników. Te pozornie prozaiczne przedmioty, dzięki powiązaniu z historią konkretnego człowieka i dramatem tamtej nocy, zyskują status bezcennych relikwii, które jak mówi dr Marcin Westphal, z-ca dyrektora NMM – mają wyjątkową siłę oddziaływania, pomagając doświadczyć emocji trudnych do oddania samymi faktami.

Przed budynkiem muzeum na gdańskiej Ołowiance znajduje się także pomnik „Tym, którzy nie powrócili z morza”. Wykonany z zielonego marmuru monument przecięty jest wąskim otworem, przez który przewleczono oryginalną kotwicę pomocniczą wydobytą z wraku MF „Jan Heweliusz”. W każdą styczniową rocznicę katastrofy odbywają się tam uroczystości upamiętniające ofiary. Podobny rytuał ma miejsce w Świnoujściu i przy pomniku na szczecińskim Cmentarzu Centralnym, którego bryła przypomina dwa przechylone krzyże lub rzymską liczbę XX, nawiązując do roku, w którym obchodzono dwudziestą rocznicę zatonięcia.

Czego nas nauczyła katastrofa?

Bezpośrednim skutkiem tragedii stała się głęboka rewizja przepisów dotyczących bezpieczeństwa morskiego. Wnioski z katastrofy, choć wyciągane opornie, ostatecznie przyczyniły się do wprowadzenia bardziej rygorystycznych kontroli technicznych i przejrzystości dokumentacji. Dr Marcin Westphal podkreśla, że dziś skafandry ratunkowe są projektowane z zupełnie innych, nowoczesnych materiałów i są łatwiejsze w szybkim użyciu, czego dramatycznym przykładem może być właśnie kombinezon ocalałego Grzegorza Sudwoja, który był niefunkcjonalny i trudny do zapięcia w ciemności i na mrozie. Dziś polska Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa (SAR) dysponuje sprzętem pozwalającym na działanie w ekstremalnych warunkach i praktycznie niezatapialnymi jednostkami.

Najważniejszą lekcją wydaje się jednak zmiana myślenia o konstrukcji samych promów. Po tragediach „Jana Heweliusza” i późniejszej „Estonii”, zaostrzono międzynarodowe normy. Obecnie wymaga się, aby pokład samochodowy był przedzielony grodziami wodoszczelnymi, co w przypadku dostania się wody na pokład zapobiega jej swobodnemu i natychmiastowemu przemieszczaniu się, które tak szybko destabilizuje jednostkę. W czasach projektowania „Heweliusza” i jego bliźniaka „Mikołaja Kopernika” ich pokłady były zupełnie otwarte, co przy rozszczelnieniu kadłuba oznaczało wręcz śmiertelne zagrożenie, dając załodze minimalny margines czasu na reakcję.

FAQ – najczęściej zadawane pytania

Co było główną przyczyną katastrofy promu Jan Heweliusz z 14 stycznia 1993 roku?

Tragiczny wynik to zbiegi zaniedbań technicznych, błędów nawigacyjnych i ekstremalnych warunków pogodowych, które wzajemnie się nasiliły. Efektem był przechył i przewrócenie się jednostki.

Jakie wcześniejsze awarie wpływały na stan promu przed ostatnim rejsem?

Statek miał długą historię problemów — od wodowania w 1977 roku zanotowano co najmniej 28 wypadków i usterek. Po pożarze w 1986 roku zalano górny pokład 60 tonami betonu, co zaburzyło stateczność.

Jak uszkodzenie furty rufowej wpłynęło na losy rejsu?

Rufowa brama była wgnieciona i przestała być wodoszczelna, a armator zgodził się tylko na prowizoryczną naprawę. To nieszczelne miejsce umożliwiło dostanie się wody na pokład samochodowy, co pogłębiło przechył.

Dlaczego ładunek nie zabezpieczono odpowiednio przed wypłynięciem?

Część wagonów i ciężarówek na dolnym pokładzie pozostała niezamocowana, oparta jedynie na hamulcach ręcznych i biegach. Taka rutynowa praktyka okazała się niebezpieczna w sztormie.

Czy załoga otrzymała ostrzeżenia pogodowe i czy z nich skorzystano?

Były sygnały o silnym niżu i huraganie, lecz kapitan wybrał krótszą trasę zamiast bezpieczniejszej drogi zimowej. Ostrzeżenia z innych statków o schronieniu za Rugią nie skłoniły do zmiany kursu.

Jak przebiegała akcja ratunkowa i jakie były jej ograniczenia?

W akcji brały udział niemieckie i duńskie siły oraz polski „Mikołaj Kopernik”, a koordynowała ją jednostka „Arcona”. Ekstremalny mróz, fale i brak termicznych kombinezonów ograniczyły przeżywalność, uratowano jedynie dziewięciu członków załogi.

Jakie były wyniki śledztw i co ustalono prawnie?

Początkowe orzeczenia wskazywały na huragan jako główną przyczynę, ale Izba Morska w Gdyni uznała później, że prom wypłynął niezdatny do żeglugi. Ostatecznie sądy wskazały na przejście niesymetrycznie zabalastowanego statku przez linię wiatru, łącząc to z błędami i stanem technicznym.

Jakie zmiany wprowadzono po katastrofie?

W wyniku tragedii zaostrzono kontrole techniczne i przejrzystość dokumentacji oraz poprawiono standardy ratunkowe i konstrukcję promów. Obecnie wymagane są grodzie wodoszczelne na pokładzie samochodowym i nowocześniejsze skafandry ratunkowe.

Redakcja afd-market.pl

Zespół specjalistów z dziedziny budownictwa i przemysłu. Przeczytaj setki naszych porad z tej tematyki i rozwijaj się w branży przemysłowej wspólnie z nami!

Może Cię również zainteresować

Potrzebujesz więcej informacji?