Strona główna
Transport
Jan Heweliusz prom – miejsce zatonięcia, przyczyny katastrofy

Jan Heweliusz prom – miejsce zatonięcia, przyczyny katastrofy

Prom Jan Heweliusz przechylający się na wzburzonym, nocnym Morzu Północnym podczas katastrofy.

Wrak promu Jana Heweliusza spoczywa na głębokości od 25 do 27 metrów na Morzu Bałtyckim, około 20 mil morskich na wschód od niemieckiej wyspy Rugii. Do zatonięcia jednostki doprowadził splot kilku czynników: huraganowy sztorm o niespotykanej sile, wadliwy system balastowy, nieszczelna furta rufowa, przesuwający się ładunek oraz pogłębione wcześniejszymi naprawami problemy ze statecznością. W artykule przybliżamy pełny obraz tej największej katastrofy w powojennej historii polskiej żeglugi.

Gdzie znajduje się wrak promu Jan Heweliusz?

Dokładne współrzędne miejsca spoczynku jednostki to 54°36′N 14°13′E. Prom przewrócił się do góry dnem 14 stycznia 1993 roku o godzinie 5:12, po czym przez kilka godzin utrzymywał się na powierzchni wody, by ostatecznie zatonąć. Obszar ten leży w niemieckiej strefie odpowiedzialności ratowniczej, choć samo zdarzenie miało miejsce na wodach międzynarodowych Bałtyku.

Jednostka osiadła na piaszczystym dnie kilkanaście metrów poniżej minimalnego poziomu lustra wody. Pod wpływem ogromnego ciężaru przewożonych pojazdów, które podczas tonięcia przemieściły się gwałtownie na jedną burtę, od kadłuba urwała się nadbudówka – ten element konstrukcji spoczywa oddzielnie, nieopodal głównej części wraku.

Wrak przez lata był celem wypraw nurkowych, zarówno tych oficjalnych – prowadzonych tuż po tragedii przez płetwonurków Marynarki Wojennej – jak i komercyjnych, organizowanych później przez kluby płetwonurków. To właśnie w tym miejscu 6 i 7 lutego 1993 roku wydobyto ciała dwóch ofiar: wicedyrektor spółki Euroafrica Agnieszki Goldman oraz kapitana Andrzeja Ułasiewicza. Niestety, do dziś nieodnalezionych pozostało 10 ciał pasażerów i członków załogi.

Jakie były bezpośrednie przyczyny katastrofy?

Zatonięcie „Heweliusza” nie było wynikiem pojedynczego błędu, lecz sekwencją nakładających się na siebie zdarzeń. Feralnej nocy z 13 na 14 stycznia kapitan Ułasiewicz, chcąc ratować statek przed huraganem, podjął decyzje, które w innych warunkach mogłyby okazać się skuteczne – tu jednak zadziałały niczym mechanizm samonapędzającej się zagłady. W oficjalnych orzeczeniach Izb Morskich wymienia się siedem głównych czynników, które doprowadziły do przewrócenia się jednostki.

Ekstremalne warunki pogodowe

14 stycznia nad ranem na południowym Bałtyku rozpętał się huragan o sile przekraczającej 12 stopni w skali Beauforta. Wiatr osiągał w porywach prędkość do 160 km/h, a fale sięgały 6 metrów. Tak ekstremalnych wartości nie przewidywał nawet sam przyrząd pomiarowy – na wiatromierzu bliźniaczego promu „Mikołaj Kopernik” urwała się wskazówka, a morze zrobiło się białe od piany. Temperatura powietrza wynosiła około 2 stopni Celsjusza, woda miała 2-3 stopnie – w takich warunkach organizm człowieka bez odpowiedniego zabezpieczenia termicznego jest w stanie przetrwać zaledwie kilkanaście minut.

Co istotne, prognozy, którymi dysponowała załoga „Heweliusza” przed wyjściem w morze, nie zapowiadały tak dramatycznego załamania pogody. Zapowiadały sztorm o sile 7-8 stopni w skali Beauforta – warunki zimą na Bałtyku typowe i nienadzwyczajne. Dopiero ostrzeżenie od kapitana Edwarda Bieńka z „Kopernika”, przekazane drogą radiową około godziny 3:00, uświadomiło skalę nadchodzącego żywiołu. Było już jednak za późno na bezpieczne schronienie się za linią brzegową wyspy Rugii.

Problemy z systemem balastowym i decyzje na mostku

Gdy przechył promu na prawą burtę zaczął się pogłębiać, trzeci oficer Janusz Lewandowski zdecydował się samodzielnie uruchomić system balastowy i przepompować około 20 ton wody z prawej burty na lewą. Problem polegał na tym, że mechaniczne sterowanie zaworami z mostka kapitańskiego zostało zdemontowane na krótko przed katastrofą. Oznaczało to, że marynarze musieli ręcznie odkręcać pokrętła w maszynowni, nie mając bezpośredniej łączności z kapitanem – każdą informację trzeba było przekazywać osobiście, biegnąc pięć pięter w górę lub w dół.

Gdy huragan uderzył z nową siłą, kapitan Ułasiewicz zarządził dodatkowe napełnienie lewego skrajnika rufowego. Zawory jednak się zacięły – prawdopodobnie odkręcono niewłaściwe pokrętło. W rezultacie prom został niesymetrycznie zabalastowany, a kiedy podczas manewru sztormowania przeszedł przez linię wiatru, cała masa wtłoczonej wody gwałtownie przelała się grawitacyjnie na przeciwną stronę. Od tego momentu przechył jednostki stał się nieodwracalny.

Stan techniczny furty rufowej

10 stycznia 1993 roku, zaledwie cztery dni przed tragedią, „Heweliusz” podczas manewrów w szwedzkim porcie Ystad uderzył lewym narożnikiem rufy o betonowe nabrzeże. Uszkodzeniu uległa furta rufowa – zgiął się trzpień dociskająco-unszący, a poszycie zostało częściowo przebite. Armator, spółka Euroafrica, nie skierował promu do stoczni. Zdecydowano o prowizorycznej naprawie prowadzonej własnymi siłami podczas postojów w Świnoujściu.

W dniu wyjścia w ostatni, 5087 rejs, prace remontowe przeciągnęły się o dwie godziny. Furtę wyprostowano, dospawano środkowy trzon centrujący i uszczelniono odcinek o długości czterech metrów, jednak nie przywrócono pełnej strugoszczelności. Gdy w nocy fale zaczęły uderzać w rufę promu, woda tryskała przez szparę do wewnątrz, zalewając pokład samochodowy. Część wody spływała z powrotem do morza, ale część pozostawała na statku – dodatkowo pogarszając i tak już krytyczną stabilność jednostki.

W chwili wyjścia w morze furta rufowa nie spełniała wymogów strugoszczelności – prom był niezdatny do żeglugi, co potwierdziły późniejsze orzeczenia sądów morskich.

Ukryte wady konstrukcyjne promu

„Jan Heweliusz” od początku swojej kariery borykał się z poważnymi problemami technicznymi. Zbudowany w 1977 roku w norweskiej stoczni Trosvik Verksted AS w Breviku, był młodszą o trzy lata, zmodyfikowaną wersją promu „Mikołaj Kopernik”. W stosunku do pierwowzoru wprowadzono jednak zmiany, które – jak pokazała przyszłość – okazały się fatalne w skutkach.

W trakcie budowy podwyższono nadbudówkę, co wraz z dwukondygnacyjnym garażem stworzyło ogromną powierzchnię boczną wystawioną na działanie wiatru. Marynarze porównywali ją do żagla – była większa niż suma powierzchni wszystkich żagli „Daru Pomorza”. Przy silniejszych podmuchach jednostka stawała się wyjątkowo niestabilna, a jej sterowność gwałtownie spadała.

Betonowa wylewka po pożarze

We wrześniu 1986 roku na górnym pokładzie samochodowym doszło do pożaru agregatu chłodni w jednej z przewożonych ciężarówek. Ogień przeniósł się na nadbudówkę, powodując rozległe zniszczenia. Remont przeprowadzono w stoczni w Hamburgu, jednak niezgodnie ze sztuką i wbrew przepisom prawa morskiego – spalony pokład zalano 60 tonami betonu.

Wylewka powstała na wysokości około 17 metrów od dna kadłuba. Nie trzeba być inżynierem, by zrozumieć, jak dramatycznie taka masa podnosi środek ciężkości statku. W efekcie „Heweliusz” był przeciążony o co najmniej 115 ton. Co gorsza, po remoncie nie przeprowadzono obowiązkowych prób przechyłowych, które pozwoliłyby ustalić nowe parametry stateczności. Kapitan Ułasiewicz wyszedł w morze z nieaktualną dokumentacją techniczną, nieświadomy rzeczywistego stanu jednostki.

Podwyższona nadbudówka i jej wpływ

Zmiany wprowadzone podczas budowy sprawiły, że prom miał wyjątkowo wysoką ścianę boczną nawiewu. Podczas huraganu zachodni wiatr uderzał w nią z ogromną siłą, napierając na prawą burtę i pogłębiając przechył. Dodatkowym obciążeniem było użycie sterów strumieniowych – kapitan włączył je, próbując utrzymać kurs dziobem do fali, jednak urządzenia przeciążały silniki główne, wyłączały się i spowalniały prom. Przy mniejszej prędkości sterowność spadała jeszcze bardziej, co w połączeniu z nieszczelną furtą i przesuwającym się ładunkiem stworzyło sytuację bez wyjścia.

Kontrowersje wokół śledztwa i ustaleń

Postępowanie w sprawie katastrofy „Heweliusza” ciągnęło się latami i obfitowało w zaskakujące zwroty akcji. Już pierwsza komisja resortowa, powołana 19 stycznia 1993 roku, orzekła, że jedynym winnym był huragan Junior – siła wyższa, na którą nikt nie miał wpływu. Ta konkluzja, ogłoszona na specjalnej konferencji prasowej, spotkała się z niedowierzaniem ekspertów z Niemiec i Skandynawii, którzy od początku podejrzewali, że polskie państwo ukrywa niewygodne fakty.

Kolejne orzeczenia Izb Morskich zmieniały się jak w kalejdoskopie. Izba w Szczecinie w 1994 roku obarczyła winą kapitana Andrzeja Ułasiewicza – człowieka, który zginął na stanowisku, do końca wzywając pomocy przez radio. Izba w Gdyni dwa lata później wskazała już 7 przyczyn przewrócenia się promu, uznając jednostkę za niezdatną do żeglugi i krytykując armatora. Odwoławcza Izba Morska w 1999 roku złagodziła ten wyrok, nie używając słowa „wina” wobec żadnej ze stron. Dopiero w 2005 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że wszystkie te procesy były niesprawiedliwe – państwo było sędzią we własnej sprawie, a rodziny ofiar otrzymały symboliczne odszkodowania w wysokości 4,6 tysiąca euro na osobę.

Obecność niemieckiego statku Frank Michael

Jednym z najbardziej tajemniczych wątków całej historii jest rola niewielkiego niemieckiego masowca Frank Michael. Statek o długości 65 metrów i tonażu około tysiąca znajdował się w pobliżu tonącego „Heweliusza”. Z zachowanych taśm radiowych wynika, że jego załoga retransmitowała sygnał Mayday, po czym oświadczyła, że jest zbyt małą jednostką, by pomóc, i oddala się z miejsca zdarzenia.

Co kluczowe, prom był wcześniej na kursie kolizyjnym z tym właśnie statkiem. Niemiecki masowiec, nadpływający z prawej burty, miał pierwszeństwo – zgodnie z międzynarodowymi przepisami „Heweliusz” powinien mu ustąpić. Manewr skrętu podczas huraganu, przy już niesymetrycznie zabalastowanym kadłubie, mógł być tą iskrą, która uruchomiła lawinę zdarzeń. Mimo to ani Izby Morskie, ani prokuratura nigdy nie przesłuchały kapitana i załogi „Franka Michaela” – jego obecność po prostu pominięto w protokołach.

Opóźniona i nieskuteczna akcja ratownicza

Czas działał przeciwko rozbitkom, a służby ratownicze pojawiły się na miejscu katastrofy z dramatycznym opóźnieniem. Pierwszy sygnał Mayday kapitan Ułasiewicz nadał o godzinie 4:36 na kanale 16 VHF. Niemiecki okręt ratowniczy „Arcona” wypłynął o 5:24, a pierwszy śmigłowiec – dopiero o 6:06. Przez ponad 90 minut od wezwania pomocy rozbitkowie zdani byli wyłącznie na siebie, dryfując w lodowatej wodzie i na przewróconych tratwach.

Jeszcze bardziej bulwersujący był los polskich załóg ratowniczych. Na lotnisku w Darłowie śmigłowiec Mi-14PS stał już na pracującym wirniku, gotowy do startu. Na pokładzie znajdował się ratownik z koszem do podejmowania rozbitków, lekarz i sprzęt pozwalający na ewakuację 19 osób. Start został jednak wstrzymany – przyszło polecenie wyłączenia silników i powrotu do hangaru. Polacy otrzymali zgodę na lot dopiero po pięciu godzinach od Mayday. O 10:15 ich maszyna pojawiła się nad miejscem tragedii, ale nie było już kogo ratować. Hipotermia w wodzie o temperaturze 2-3 stopni Celsjusza dawno zebrała swoje żniwo.

Łączny czas martwy akcji ratowniczej – od momentu nadania Mayday do przybycia pierwszego śmigłowca – wyniósł 90 minut, a polskie jednostki zostały dopuszczone do działań po przeszło pięciu godzinach.

Pamiątki i pamięć o ofiarach

W katastrofie zginęło, według najnowszych ustaleń, 56 osób – 20 marynarzy i 36 pasażerów, w tym dwoje dzieci. Przez ponad trzy dekady oficjalnie mówiono o 55 ofiarach, jednak w 2025 i 2026 roku dziennikarskie śledztwa, w tym Romana Czejarka w Polskim Radiu, rzuciły nowe światło na tę liczbę. Ocaleć zdołało jedynie 9 członków załogi – wszyscy mieli na sobie specjalne kombinezony ratunkowe aquata, które uchroniły ich przed hipotermią. Żaden z pasażerów nie przeżył.

Dziś materialnymi świadectwami tamtych wydarzeń opiekuje się Narodowe Muzeum Morskie w Gdańsku. Wśród eksponatów znajduje się skafander Grzegorza Sudwoja, drugiego elektryka ocalałego z katastrofy – niefunkcjonalny, trudny do zapięcia w ciemności i na mrozie, ale ten właśnie sprzęt podarował mu dodatkowe minuty życia. Muzeum przechowuje również skórzaną saszetkę Sudwoja, wydobytą przez niemieckich nurków z dna przy wraku. Gdy pracownicy muzeum otworzyli ją po latach, spomiędzy kartek wysypał się morski piasek – ostatni ślad po miejscu, gdzie spoczął statek. W saszetce znajdował się elektroniczny zegarek, modlitewnik i brelok ze świętym Krzysztofem, patronem podróżnych.

Przed główną siedzibą muzeum na Ołowiance stoi pomnik z kotwicą pomocniczą wydobytą z wraku „Heweliusza”. Co roku 14 stycznia składane są tam kwiaty i zapalane znicze. Podobne uroczystości odbywają się w Świnoujściu, skąd prom wyszedł w swój ostatni rejs, oraz przy monumencie na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie – odsłoniętym w 20. rocznicę tragedii pomniku w kształcie dwóch przechylonych krzyży, przypominających jednocześnie cumowniczy poler i literę H, jak „Heweliusz”.

FAQ – najczęściej zadawane pytania

Gdzie dokładnie spoczywa wrak promu Jan Heweliusz?

Wrak leży na piaszczystym dnie Bałtyku na głębokości 25–27 m pod współrzędnymi 54°36′N 14°13′E, około 20 mil morskich na wschód od Rugii.

Co bezpośrednio doprowadziło do przewrócenia się jednostki?

Katastrofę wywołał ciąg zdarzeń: huragan, problemy z balastowaniem, nieszczelna furta rufowa, przesuwający się ładunek i pogłębione wcześniejszymi naprawami defekty stateczności.

Jak silny był sztorm w nocy katastrofy?

Huragan przekraczał 12 stopni w skali Beauforta z porywami do 160 km/h i falami do 6 metrów, co stworzyło ekstremalnie niebezpieczne warunki.

Jakie problemy miały system balastowy i jakie decyzje podjęto na mostku?

Mechaniczne sterowanie zaworami zostało zdemontowane, więc balast przepompowywano ręcznie, a błędne pokrętło spowodowało asymetryczne zalanie i nieodwracalny przechył.

Jaki był stan furty rufowej przed rejsem i jak to wpłynęło na zatonięcie?

Furta była prowizorycznie naprawiona i nie miała pełnej szczelności, co pozwoliło falom przedostawać się na pokład samochodowy i pogarszać stateczność.

Jakie ukryte wady konstrukcyjne pogorszyły sytuację statku?

Zmodyfikowana, podwyższona nadbudówka i 60-tonowa betonowa wylewka po pożarze podniosły środek ciężkości, co znacząco obniżyło stateczność promu.

Ile osób zginęło i ile przeżyło katastrofę?

W wyniku katastrofy zginęło 56 osób, przeżyło 9 członków załogi, a żaden z pasażerów nie ocalał.

Czy akcja ratownicza była szybka i skuteczna?

Nie; pierwszy śmigłowiec dotarł po 90 minutach od Mayday, a polskie jednostki zostały dopuszczone do działań dopiero po ponad pięciu godzinach, co dramatycznie zmniejszyło szanse rozbitków.

Redakcja afd-market.pl

Zespół specjalistów z dziedziny budownictwa i przemysłu. Przeczytaj setki naszych porad z tej tematyki i rozwijaj się w branży przemysłowej wspólnie z nami!

Może Cię również zainteresować

Potrzebujesz więcej informacji?